Zapłakany chłopak klęczał na mokrym asfalcie. Padał deszcz. Huczał wiatr. A on sam zapłakany na mokrym asfalcie. Kawałek przed nim, w kałuży, leżała ona. Piękna orchidea.
W darze niosę cierpienie. Boję się ludzi, boję się świata. Boję się zasnąć, bo nie wiem czy następnego dnia się obudzę. Nie wierzę w potwory pod łóżkami. Bo przecież te potwory są tutaj, między nami. A ja jestem jednym z nich.
Dzisiaj ostatni dzień. Spoglądam na opustoszałą ulicę, przez okno. Obok stało pościelone łóżko. W tle bił dzwon pogrzebowy. Po chwili otworzyły się drzwi.
- Dzień dobry Łucjo. Gotowa?
Tylko przytaknęłam.
- Możesz pożegnać się ze swoim psychiatrą, pan Łukasz czeka na Ciebie w gabinecie.
Udałam się od razu do gabinetu.
Otworzyłam drzwi i zamknęłam je za sobą. Patrzyłam krótką chwilę w jego oczy, po czym podbiegłam i wtuliłam się w niego. On westchnął i przycisnął mnie bardziej do siebie.
- Pamiętaj, będzie dobrze. Wierzę w Ciebie.- odparł.
-Dziękuje..- powiedziałam cicho.
Psychiatryk od zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Już samo to słowo budzi przerażenie. Jest on już bardzo stary. Okna zabezpieczone kratami, na niektórych ścianach budynku namalowane graffiti. Cały biały. Na dachu czasami przesiadywały kruki*.
W psychiatryku widziałam wielu ludzi. Wielu chorych ludzi. Była również pewna kobieta, która przyciągnęła moją uwagę. W swoim pokoju na stoliczku w wazonie miała orchidee. Była blada i miała doły pod oczami. Nie znałam ją. Nie rozmawiałyśmy ze sobą. A czułam, że znamy się już kilka lat i wszystko o sobie wiemy. Mijałam się z nią gdy szła na stołówkę. Patrzyłam wtedy w jej oczy. Oczy pełne cierpienia, strachu, bólu. Nie chciałam jej opuszczać, czułam, że potrzebujemy siebie nawzajem. Lecz muszę zacząć nowe życie.
- Nowe życie..-westchnęłam i udałam się do samochodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz