sobota, 20 maja 2017

Orchidea 7

Niestety miewam też bolesne chwile. Płacze po nocach. Cierpię. Nie wytrzymuję tego. Mam ochotę wejść już do grobu i nie wrócić. Nie wrócić do tego strasznego świata. Jestem potworem.


Gdy siedziałam w ogródku za moim domem, odwiedził mnie obłąkany.
- Dzień dobry.- odparł lekko uśmiechając się. Lecz ja nie odwzajemniłam uśmiechu.
- Czy też tak miałeś, że myślisz po co w ogóle jesteś na tym świecie?- zapytałam od razu.
- Sądzę, że w życiu każdego człowieka nadchodzi taka chwila, że musi pomyśleć nad swoją egzystencją.
 Nastała krótka cisza, którą ja przerwałam.
- Dlaczego tak młodzi ludzie umierają ? Dlaczego niewinni ludzie muszą cierpieć ? Nadzieja nikomu nic nie zrobiła. Bardzo szybko odeszła z tego świata. Dlaczego ja nie mogłam umrzeć tylko ona ?
-  To jest właśnie ' życie ' moja droga.
- Pieprze takie życie. Pieprze wszystko.
- Trzeba się z tym pogodzić. Nie masz wyboru.
- Oczywiście, że mam, W każdej chwili mogę odebrać sobie życie.
- Nie rób tego. Korzystaj z życia. Tylko rozsądnie. Bo potem będziesz płacić za swoje czyny. To nie jest zmyślona bajeczka. Jestem tego przykładem.
- Wiem. G mówił mi o Tobie.
- Ah G. To dobry facet. Niestety również na jego ścieżce życia pojawiło się cierpienie.
- Eh.
- Widzisz. To normalne. Naturalne. Cierpienie jest nam wpisane w życie. Od niego nie uciekniemy. Trzeba z tym walczyć. Gdy pokonujesz porażkę, to wtedy czujesz prawdziwy smak zwycięstwa.
- Tylko że niestety cierpienie pokrywa całe moje życie- oznajmiłam i popatrzyłam na staruszka.
-Ah nie prawda.
- Prawda. Pieprze to wszystko.

Po południu udałam się na miasto. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło. Ale miałam ochotę zobaczyć ludzi. Trochę to dziwne jak na mnie. Dzieci, które się śmiały i skakały porównywałam do ludzi takich jak ja. Ponure, smutne, bez życia. Dzieci zawsze są szczęśliwe. Nie martwią się życiem. No. Prawie. Kacper miał okropne dzieciństwo. Nie był szczęśliwy. Dlaczego to takie niesprawiedliwe? Po chwili moje oczy ujrzały pewną sylwetkę. To była kobieta. Moje oczy nie mogły w to uwierzyć. Kobieta z psychiatryka. Trzymała się za rękę ze swoim mężem. W drugiej ręce trzymała wiązkę kwiatów. Orchidee. Była bardzo szczęśliwa. Szybko pobiegłam w jej stronę. Lecz po chwili zniknęła. Biegałam po całym mieście i szukałam ją. Lecz na marne. Ze smutkiem poszłam do domu. Gdy weszłam do salonu moi rodzice siedzieli cicho na kanapie.
- Coś się stało?- zapytałam widząc ich smutny wyraz twarzy.
- Pani Kasia nie żyje.
- Jaka pani Kasia? - zapytałam. Nie znałam żadnej pani Kasi.
- Eh. No ta pani, która była również w psychiatryku. Podobno ją znasz, bo pan Łukasz nam o tym mówił.- oznajmił ojciec.
- Czy.. w swoim pokoju miała orchidee?- zapytałam z trudem.
- Pan Łukasz coś o tym wspominał.
Do moich uszu już nic nie docierało. W ciemnych zakamarkach mojego umysłu wydobywały się wspomnienia związane z kobietą, jak i z psychiatrykiem. Po moim policzku spłynęła łza.


Wieczorem padał deszcz. Było mokro, zimno ponuro. Chodziłam po pokoju. Waliłam w ściany pięścią. Krzyczałam. Płakałam. Cierpienie wydobywało się z moich ust. Nie wiedziałam co się dzieje. Wariowałam. Jestem potworem. Psychopatką. Wzięłam ze sobą ostatnią orchideę z wazonu.Wyszłam z domu. Nie obchodził mnie deszcz. Nie obchodziło mnie zimno. Nie obchodziło mnie nic. Poszłam na dach budynku, na którym wczorajszego dnia przesiadywałam. Stanęłam na krawędzi. Spojrzałam w dół. Już nie kupię orchidei. To koniec. Nie ma miejsca na tym świecie dla takiego potwora jak ja. Nie zasługuje na to. Nie daje rady. Nie mogę. Po chwili zauważyłam Kacpra na dole. Krzyczał coś. A ja odwróciłam się do tyłu. Rozłożyłam ręce, trzymając nadal kwiat. Zamknęłam oczy. Cofałam się powoli. I.. oddałam się wietrze.

Zapłakany chłopak klęczał na mokrym asfalcie. Padał deszcz. Huczał wiatr. A on sam zapłakany na mokrym asfalcie. Kawałek przed nim, w kałuży, leżała ona. Piękna orchidea.

piątek, 5 maja 2017

Orchidea 5



Z Kacprem mam bardzo dobrą relację. Zbliżyliśmy się do siebie. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Niestety lub stety dane mi było usłyszeć historię o nim. Jego ojciec bił mamę praktycznie cały czas. Ojciec alkoholik, narkoman, palacz. Umarł na zawał serca gdy Kacper miał 13 lat. Spieprzone miał dzieciństwo. Spieprzone. Na pogrzebie, Kacper do jego trumny wrzucił papierosa. Zrobił to bo jak sam stwierdził ' był z tym gównem całe życie, to niech ma na pamiątkę.' No. Skorzysta pewnie z tego gdy w piekle będzie mu się nudzić.
Jednak ja nie powiedziałam mu o mnie. O mnie, że jestem potworem. Psychopatką. Czuję się z tym podle, ale boję się, że jeśli mu powiem to go stracę. A szczerze powiedziawszy Kacper to jedyna osoba zaraz po panu Łukaszu, której ufam. Jednak jest ta nutka strachu. Nie chce. Boję się.

Matka Kacpra jak i sam Kacper poszli już do domu. Natomiast ja postanowiłam zostać jeszcze w kwiaciarni. Dokładnie jednak postanowiłam posiedzieć przy oczku wodnym znajdującym się za kwiaciarnią. Siedziałam sobie na kamieniu i patrzyłam w wodę. Zamknęłam oczy. Oddałam się miłym wspomnieniom. Nagle poczułam czyjąś obecność.
- Życie jest takie kruche i ulotne.- obróciłam się w prawo by spojrzeć na rozmówcę. Niestety nie potrafiłam określić płci tej osoby.
- Los rozgrywa grę. Układa żywe pionki według swoich upodobań. Ah chyba muszę do niego zadzwonić, bo ostatnio mnie wkurza. Wiesz, los się tak pobawił, że spalił mój ulubiony sklep z ubraniami. I gdzie ja mam teraz kupować rzeczy w moim stylu? W niebie takich nie dostane. A do piekła jak narazie nie mam ochoty się wybierać.- Osoba spojrzała na mnie. Ja na nią. Bałam się trochę, ale powoli uczucie przerażenia przechodziło i zebrałam się na odwagę by porozmawiać..
- Kim jesteś tajemnicza zjawo?
- Wiesz co. Ja nie wiem kim jestem.. Mężczyzną. Kobietą. Nie obchodzi mnie to. To nie jest ważne, wiesz. Ważne co ma się głęboko w sobie, w sercu. A ja mam głęboko w sercu nóż oblany trucizną. No ale nieważne. Mów mi G. Taki trochę przydomek od Gender kapujesz? Obłąkany mnie tak nazwał. Skubany.
- Oh, znasz Obłąkanego?
- No pewnie. Znam go odkąd pamiętam. W młodości no.. nabroił sobie no..
- Co takiego zrobił?
- Wiesz.. imprezy.. alkohol..dziewczyny..  wiesz jak to jest..hormony buzują, dodatkowo ten alkohol..no i chłopaczek nie potrafił utrzymać swojego przyjaciela w spodniach. Taka sytuacja no. Potem zaczął kraść. Ćpać. Czysta patologia. Aish.. Wiesz jak to młodzi ' Hulaj dusza piekła nie ma!' Tsa..A teraz płaci za swoje błędy. Trochę mi go szkoda. Stoczył się. No ale co zrobisz? nic nie zrobisz.
- No w sumie..
- Wiesz co Ci powiem.. życie to taka długa nędzna droga, na której jest wiele cierpień i bólu. Ale.. No właśnie ale.. jest tęcza która się ukrywa.. Trzeba ją tylko dostrzec.
-  To nie jest takie proste, takie łatwe. Ja się bardzo staram. Ale niestety nie widzę efektów. Lecz inni ludzie też nie dostrzegają tej tęczy. Mówiłeś o nożu oblanym trucizną..o co chodzi?
-  Ależ oczywiście że jest to łatwe. Tylko wy ludzie cały czas użeracie się z tymi głupimi problemami,Ah no..ludzie. Słowa mogą bardziej ranić niż kule. Niestety w moim życiu spotkałem wiele fałszywych ludzi. Ale wiesz co jest najgorsze? Że ja im na początku zaufałem. Byli moimi przyjaciółmi, darzyłem ich sympatią. A po chwili bawili się mną jakbym był ich marionetką. Masakra. Ale wiesz co? Teraz czuję się zajebiście. I z uśmiechem na ryju pokazuję im ten piękny, cudowny, środkowy palec. Haha!


Orchidea 6

Otworzyłam oczy. Od razu pojawił mi się majestatyczny obraz. Znajdowałam się w lesie. Ośnieżonym lesie. Odziana byłam tylko w białą, zwiewną sukienkę. Włosy delikatnie opadały na moich ramionach. Choć krajobraz przypominał zimę, to temperatura była łagodna. Słońce delikatnie muskało korony drzew. Śnieg błyszczał, gdy promienie słoneczne dotykały jego powierzchnię. Cały las był odziany w śnieżny puch. Wzięłam trochę śniegu na dłoń. Topił się powoli. Kropelki wody kapały na moje bose stopy wywołując dreszcz. Lecz było cicho. Za cicho. Po chwili usłyszałam świst. Jakaś postać chowała się za drzewami. Biegła od drzewa do drzewa. Po chwili pojawiła się druga postać. I trzecia. Po chwili nie nadążałam nad liczeniem. Było ich mnóstwo. Szepty roznosiły się echem. Odbijały się od pustych, spróchniałych konarów. Nie wiedziałam co się dzieje. Nie wiedziałam co robić.
- Błagam pomóż mi!- odezwał się głos.
- Kim jesteś ?- zapytałam, rozglądając się wokoło
- To tak bardzo boli..
- Gdzie jesteś ? -ponowie zapytałam
- To Ty ? Jesteś lekarstwem ? Wydostaniesz mnie z czeluści zła, bólu ? Błagam.. proszę..-
- O co chodzi ?- pytałam dalej nerwowo.
- Ja żałuję za swoje grzechy ! Żałuję ! Proszę, zlituj się, błagam!
Zamknęłam oczy. Potem je otworzyłam. Nie zobaczyłam już tego cudownego obrazu. Śnieg nie był koloru bieli. Biel została zastąpiona czerwoną cieczą. W powietrzu unosił się zapach krwi. Gałęzie drzew były połamane. Niezrozumiałe napisy zdobiły puste konary. Śnieg, który był na mojej dłoni całkowicie stopniał.

Otworzyłam oczy. Przede mną ukazała mi się ściana mojego pokoju. Gwałtownie podniosłam się do siadu. To tylko sen. To był tylko sen.

Około północy siedziałam na łóżku i przeglądałam internet. Nie umiałam spać, także zdecydowałam się na taki rodzaj spędzania czasu. Po chwili mój telefon zadzwonił. Na ekranie pojawił się napis: 'Kacper' Uśmiechnęłam się, lecz zdziwiłam się po chwili gdy uświadomiłam sobie która jest godzina.
- Halo?
- Hej Łucja. Weź ogarnij się szybko bo będę za pięć minut pod twoim domem.- odparł
- Co do cholery? Przecież jest północ Coś ty znowu wymyślił?!
- Nie gadaj, tylko się zbieraj no już.
- Ale jak mam wyjść? Przecież rodzice są w domu.
- No przez okno wyjdziesz co nie? Tylko szybko, bo twój Romeo zaraz przybędzie na swoim rumaku hehe.
- Przez okno? Ty coś ćpałeś czy co? Przecież nie dam rady.
- No nie gadaj tylko działaj, raz dwa.
- Ehh. Kacper jesteś pieprzonym dupkiem.- odparłam zdenerwowana.
- I tak mnie uwielbiasz- nie musiałam widzieć, że się uśmiechał.
Rozłączyłam się, poczesałam włosy i założyłam na sobie bluzę. Otworzyłam okno. Dobra. Wdech wydech. W końcu kiedyś trzeba w życiu zaliczyć ekstremalną ucieczkę przez okno.
- No no ! ' Przecież nie dam rady'- przedrzeźniał mnie gdy zobaczył jak idealnie zeskoczyłam nie robiąc sobie przy tym krzywdy.
- Spadaj- trzepnęłam lekko jego ramię, śmiejąc się cicho.
- Czyżby młoda miała już jakieś doświadczenie? Pewnie wymykałaś się w nocy na imprezy.- Powiedział śmiejąc się.
- No pewnie. A potem przychodziłam zalana w trupa i poszłam spać do krzaków, tłumacząc się rodzicom, że tylko szukałam tam kamyków.- Odparłam, i zaśmialiśmy się razem.- No to co chcesz ode mnie?
- Chodź ze mną. Musze Ci coś pokazać.
- Kacper.. co znowu?
- No choodź.
Po 10 minutach byliśmy na miejscu.
- I co. ulica. Po ulicy chodzą ludzie. No i jeszcze tarzają się menele. Eh Kacper co Ty wymyśliłeś ?
- Popatrz w górę.
- No. to budynek.-odparłam patrząc się w górę.
- Wejdziemy na niego.
- CO!?
- No dawaj. Zobaczysz. Nie będziesz żałować.- popatrzył w moje oczy i się uśmiechnął.
- No dobrze..- odparłam wahając się.
Widok był przepiękny. Gwiazdy zdobiły granatowe niebo. Przed sobą widziałam miliony migoczących światełek. Nocą, miasto wyglądało cudnie.
- Wow..- powiedziałam cicho.
 Siedziałam z Kacprem na dachu wieżowca. Nie mogło być nic rozkosznego. Cudowny widok i obecność bliskiej osoby. To jest szczęście.
- Dziękuję- odparłam patrząc się szczerze w jego oczy.
On tylko lekko się uśmiechnął i wtulił do siebie.