piątek, 5 maja 2017

Orchidea 6

Otworzyłam oczy. Od razu pojawił mi się majestatyczny obraz. Znajdowałam się w lesie. Ośnieżonym lesie. Odziana byłam tylko w białą, zwiewną sukienkę. Włosy delikatnie opadały na moich ramionach. Choć krajobraz przypominał zimę, to temperatura była łagodna. Słońce delikatnie muskało korony drzew. Śnieg błyszczał, gdy promienie słoneczne dotykały jego powierzchnię. Cały las był odziany w śnieżny puch. Wzięłam trochę śniegu na dłoń. Topił się powoli. Kropelki wody kapały na moje bose stopy wywołując dreszcz. Lecz było cicho. Za cicho. Po chwili usłyszałam świst. Jakaś postać chowała się za drzewami. Biegła od drzewa do drzewa. Po chwili pojawiła się druga postać. I trzecia. Po chwili nie nadążałam nad liczeniem. Było ich mnóstwo. Szepty roznosiły się echem. Odbijały się od pustych, spróchniałych konarów. Nie wiedziałam co się dzieje. Nie wiedziałam co robić.
- Błagam pomóż mi!- odezwał się głos.
- Kim jesteś ?- zapytałam, rozglądając się wokoło
- To tak bardzo boli..
- Gdzie jesteś ? -ponowie zapytałam
- To Ty ? Jesteś lekarstwem ? Wydostaniesz mnie z czeluści zła, bólu ? Błagam.. proszę..-
- O co chodzi ?- pytałam dalej nerwowo.
- Ja żałuję za swoje grzechy ! Żałuję ! Proszę, zlituj się, błagam!
Zamknęłam oczy. Potem je otworzyłam. Nie zobaczyłam już tego cudownego obrazu. Śnieg nie był koloru bieli. Biel została zastąpiona czerwoną cieczą. W powietrzu unosił się zapach krwi. Gałęzie drzew były połamane. Niezrozumiałe napisy zdobiły puste konary. Śnieg, który był na mojej dłoni całkowicie stopniał.

Otworzyłam oczy. Przede mną ukazała mi się ściana mojego pokoju. Gwałtownie podniosłam się do siadu. To tylko sen. To był tylko sen.

Około północy siedziałam na łóżku i przeglądałam internet. Nie umiałam spać, także zdecydowałam się na taki rodzaj spędzania czasu. Po chwili mój telefon zadzwonił. Na ekranie pojawił się napis: 'Kacper' Uśmiechnęłam się, lecz zdziwiłam się po chwili gdy uświadomiłam sobie która jest godzina.
- Halo?
- Hej Łucja. Weź ogarnij się szybko bo będę za pięć minut pod twoim domem.- odparł
- Co do cholery? Przecież jest północ Coś ty znowu wymyślił?!
- Nie gadaj, tylko się zbieraj no już.
- Ale jak mam wyjść? Przecież rodzice są w domu.
- No przez okno wyjdziesz co nie? Tylko szybko, bo twój Romeo zaraz przybędzie na swoim rumaku hehe.
- Przez okno? Ty coś ćpałeś czy co? Przecież nie dam rady.
- No nie gadaj tylko działaj, raz dwa.
- Ehh. Kacper jesteś pieprzonym dupkiem.- odparłam zdenerwowana.
- I tak mnie uwielbiasz- nie musiałam widzieć, że się uśmiechał.
Rozłączyłam się, poczesałam włosy i założyłam na sobie bluzę. Otworzyłam okno. Dobra. Wdech wydech. W końcu kiedyś trzeba w życiu zaliczyć ekstremalną ucieczkę przez okno.
- No no ! ' Przecież nie dam rady'- przedrzeźniał mnie gdy zobaczył jak idealnie zeskoczyłam nie robiąc sobie przy tym krzywdy.
- Spadaj- trzepnęłam lekko jego ramię, śmiejąc się cicho.
- Czyżby młoda miała już jakieś doświadczenie? Pewnie wymykałaś się w nocy na imprezy.- Powiedział śmiejąc się.
- No pewnie. A potem przychodziłam zalana w trupa i poszłam spać do krzaków, tłumacząc się rodzicom, że tylko szukałam tam kamyków.- Odparłam, i zaśmialiśmy się razem.- No to co chcesz ode mnie?
- Chodź ze mną. Musze Ci coś pokazać.
- Kacper.. co znowu?
- No choodź.
Po 10 minutach byliśmy na miejscu.
- I co. ulica. Po ulicy chodzą ludzie. No i jeszcze tarzają się menele. Eh Kacper co Ty wymyśliłeś ?
- Popatrz w górę.
- No. to budynek.-odparłam patrząc się w górę.
- Wejdziemy na niego.
- CO!?
- No dawaj. Zobaczysz. Nie będziesz żałować.- popatrzył w moje oczy i się uśmiechnął.
- No dobrze..- odparłam wahając się.
Widok był przepiękny. Gwiazdy zdobiły granatowe niebo. Przed sobą widziałam miliony migoczących światełek. Nocą, miasto wyglądało cudnie.
- Wow..- powiedziałam cicho.
 Siedziałam z Kacprem na dachu wieżowca. Nie mogło być nic rozkosznego. Cudowny widok i obecność bliskiej osoby. To jest szczęście.
- Dziękuję- odparłam patrząc się szczerze w jego oczy.
On tylko lekko się uśmiechnął i wtulił do siebie.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz