Niestety miewam też bolesne chwile. Płacze po nocach. Cierpię. Nie wytrzymuję tego. Mam ochotę wejść już do grobu i nie wrócić. Nie wrócić do tego strasznego świata. Jestem potworem.
Gdy siedziałam w ogródku za moim domem, odwiedził mnie obłąkany.
- Dzień dobry.- odparł lekko uśmiechając się. Lecz ja nie odwzajemniłam uśmiechu.
- Czy też tak miałeś, że myślisz po co w ogóle jesteś na tym świecie?- zapytałam od razu.
- Sądzę, że w życiu każdego człowieka nadchodzi taka chwila, że musi pomyśleć nad swoją egzystencją.
Nastała krótka cisza, którą ja przerwałam.
- Dlaczego tak młodzi ludzie umierają ? Dlaczego niewinni ludzie muszą cierpieć ? Nadzieja nikomu nic nie zrobiła. Bardzo szybko odeszła z tego świata. Dlaczego ja nie mogłam umrzeć tylko ona ?
- To jest właśnie ' życie ' moja droga.
- Pieprze takie życie. Pieprze wszystko.
- Trzeba się z tym pogodzić. Nie masz wyboru.
- Oczywiście, że mam, W każdej chwili mogę odebrać sobie życie.
- Nie rób tego. Korzystaj z życia. Tylko rozsądnie. Bo potem będziesz płacić za swoje czyny. To nie jest zmyślona bajeczka. Jestem tego przykładem.
- Wiem. G mówił mi o Tobie.
- Ah G. To dobry facet. Niestety również na jego ścieżce życia pojawiło się cierpienie.
- Eh.
- Widzisz. To normalne. Naturalne. Cierpienie jest nam wpisane w życie. Od niego nie uciekniemy. Trzeba z tym walczyć. Gdy pokonujesz porażkę, to wtedy czujesz prawdziwy smak zwycięstwa.
- Tylko że niestety cierpienie pokrywa całe moje życie- oznajmiłam i popatrzyłam na staruszka.
-Ah nie prawda.
- Prawda. Pieprze to wszystko.
Po południu udałam się na miasto. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło. Ale miałam ochotę zobaczyć ludzi. Trochę to dziwne jak na mnie. Dzieci, które się śmiały i skakały porównywałam do ludzi takich jak ja. Ponure, smutne, bez życia. Dzieci zawsze są szczęśliwe. Nie martwią się życiem. No. Prawie. Kacper miał okropne dzieciństwo. Nie był szczęśliwy. Dlaczego to takie niesprawiedliwe? Po chwili moje oczy ujrzały pewną sylwetkę. To była kobieta. Moje oczy nie mogły w to uwierzyć. Kobieta z psychiatryka. Trzymała się za rękę ze swoim mężem. W drugiej ręce trzymała wiązkę kwiatów. Orchidee. Była bardzo szczęśliwa. Szybko pobiegłam w jej stronę. Lecz po chwili zniknęła. Biegałam po całym mieście i szukałam ją. Lecz na marne. Ze smutkiem poszłam do domu. Gdy weszłam do salonu moi rodzice siedzieli cicho na kanapie.
- Coś się stało?- zapytałam widząc ich smutny wyraz twarzy.
- Pani Kasia nie żyje.
- Jaka pani Kasia? - zapytałam. Nie znałam żadnej pani Kasi.
- Eh. No ta pani, która była również w psychiatryku. Podobno ją znasz, bo pan Łukasz nam o tym mówił.- oznajmił ojciec.
- Czy.. w swoim pokoju miała orchidee?- zapytałam z trudem.
- Pan Łukasz coś o tym wspominał.
Do moich uszu już nic nie docierało. W ciemnych zakamarkach mojego umysłu wydobywały się wspomnienia związane z kobietą, jak i z psychiatrykiem. Po moim policzku spłynęła łza.
Wieczorem padał deszcz. Było mokro, zimno ponuro. Chodziłam po pokoju. Waliłam w ściany pięścią. Krzyczałam. Płakałam. Cierpienie wydobywało się z moich ust. Nie wiedziałam co się dzieje. Wariowałam. Jestem potworem. Psychopatką. Wzięłam ze sobą ostatnią orchideę z wazonu.Wyszłam z domu. Nie obchodził mnie deszcz. Nie obchodziło mnie zimno. Nie obchodziło mnie nic. Poszłam na dach budynku, na którym wczorajszego dnia przesiadywałam. Stanęłam na krawędzi. Spojrzałam w dół. Już nie kupię orchidei. To koniec. Nie ma miejsca na tym świecie dla takiego potwora jak ja. Nie zasługuje na to. Nie daje rady. Nie mogę. Po chwili zauważyłam Kacpra na dole. Krzyczał coś. A ja odwróciłam się do tyłu. Rozłożyłam ręce, trzymając nadal kwiat. Zamknęłam oczy. Cofałam się powoli. I.. oddałam się wietrze.
Zapłakany chłopak klęczał na mokrym asfalcie. Padał deszcz. Huczał wiatr. A on sam zapłakany na mokrym asfalcie. Kawałek przed nim, w kałuży, leżała ona. Piękna orchidea.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz